fbpx

Recenzja płyty „Parsley” – Julia Pietrucha

Publikacja autorskiej płyty dziś już niekoniecznie wiąże się z poszukiwaniem dużego wydawcy – wytwórni fonograficznej, która zapewni opiekę nad procesem produkcyjnym, zapewni promocję i dystrybucję albumu. Obok portali crowdfundingowych, gdzie fani wpłatami wspierają artystę, popularność zyskuje tzw. self-publishing – samodzielne zajęcie się wszystkim etapami powstawania albumu muzycznego czy książki. To dobre rozwiązanie przede wszystkim dla osób, które mogą sobie pozwolić na sfinansowanie takiego projektu. I tę drogę obrała Julia Pietrucha, popularna aktorka, która debiutancki krążek wydała bez podpisywania kontraktu i szukania wydawcy – po prostu stała się nim sama.

Jak brzmi „Parsley”?

Na albumie „Parsley” wszystko jest bezpretensjonalne, począwszy od nazwy (która oznacza pietruszkę), przez partie instrumentów, głos wokalistki, po oprawę wizualną: okładkę, wideoklipy, stronę internetową. To odtrutka na – charakterystyczne dla komercyjnych produkcji – wyrafinowanie, które łatwo zamienia się w rażącą sztuczność. I tak teledysk do „On My Own” jest zapisem podróży, jaką Julia Pietrucha odbyła ze swoim partnerem po Wietnamie i Laosie. Na obraz składają się zwyczajne kadry nakręcone przez parę jako pamiątka ze wspólnej wyprawy. Podobnie, wideo do otwierającego płytę „Living on the Island” to jedno długie, pomysłowe ujęcie nakręcone kamerą sportową GoPro.


Julia Pietrucha nie jest debiutantką, choć „Parsley” to jej pierwsze wydawnictwo płytowe, to aktorka już jako jedenastolatka występowała w musicalu w teatrze Syrena a swoje aktorskie i muzyczne zdolności szlifowała od bardzo młodego wieku. Wydaje się, że tych kilkanaście piosenek to przestrzeń, w której Julia Pietrucha przestaje grać i szczerze opowiada słuchaczom o swoich emocjach. Jej muzyka jest autentyczna a przy tym równie delikatna i naturalna, jak sama aktorka, która w piosence „On My Own” z przekorą śpiewa, że wygląd efemerycznej blondynki bywa irytujący, bo sprawia, że ludzie nie traktują jej poważnie. Swoim albumem udowadnia jednak – także owym pobłażliwcom – że jest człowiekiem z własną wizją, którą do tego potrafi urzeczywistnić.

Płyta spodoba się słuchaczom, którzy czują się zmęczeni elektronicznymi brzmieniami, agresywną dynamiką popowych, mainstreamowych przebojów, osobom, które nad złożoność aranżacji, efektowne partie poszczególnych instrumentów, przedkładają wokal i idący za nim przekaz. Album Pietruchy to zresztą niejedyna taka propozycja na polskiej scenie muzycznej, obok „Parsley” porcję akustycznych, nastrojowych (choć bardziej mrocznych) piosenek przynosi choćby nominowany do Fryderyków „Bumerang” – debiut Corteza.

 

 

 

 

Podstawą większości utworów zawartych na płycie, jest ukulele – pochodzący z Madery, zwykle czterostrunowy instrument, którego specyficzny strój dobrze sprawdza się jako akompaniament i narzędzie wspomagające komponowanie nawet wtedy, gdy umiejętności grającego są dalekie od wirtuozerii. Zestaw piosenek, składających się na debiut Julii Pietruchy, to kolekcja prostych melodii, które może zagrać każdy, do czego zachęca sama wokalistka. Ilustrowana książeczka dołączona do albumu zawiera teksty, akordy i podstawy gry na tym instrumencie a jedną z lekcji można obejrzeć na kanale YouTube aktorki.

 

 


Obok ukulele na płycie słychać między innymi skrzypce, wiolonczelę, kontrabas, gitarę, fortepian. Akustyczne instrumenty nadają całości spokojny charakter, nawet dynamiczne utwory nie są agresywne w brzmieniu. Modern rockabilly, retro, stylistyka kojarząca się niekiedy z aranżacjami projektu Postmodern Jukebox, to tylko niektóre tropy, wokół których krążą piosenki z „Parsley”. Warto wspomnieć, że choć same kompozycje są dziełem Julii Pietruchy, to podczas nagrań nie zabrakło grona muzyków, którzy w znacznym stopniu wpłynęli na jakość jej fonograficznego debiutu i sprawili, że nie jest on monotonny, nużący, naiwny w swej prostocie. Płytę można zamówić bezpośrednio ze strony internetowej wokalistki a Ci, którzy przed zakupem chcieliby ją przesłuchać, mogą to zrobić za pośrednictwem portalu You Tube – autorka udostępniła na nim cały album.

Jeśli więc ktoś szuka relaksującej, spokojnej, przyjemnej dla ucha akustycznej muzyki, kojącej nerwy, pozwalającej oderwać się od codziennych spraw, warto sięgnąć po „Parsley” i na chwilę przenieść się w świat melodyjnych piosenek Julii Pietruchy.

 

 

 

 

Spis utworów:

źródło: http://www.juliapietrucha.pl/