fbpx

Recenzja płyty “Starboy” – The Weeknd

Historia The Weeknd – pod pseudonimem kryje się Abel Makkonen Tesfaye – to doskonały materiał na biografię rockmana i opowieść o tym, jak zbuntowany artysta zmienił się w gwiazdę popu. Zanim poznała go szersza publiczność, urodzony w 1990 roku producent, wokalista i autor piosenek miał już na koncie m.in.: rzucenie szkoły, narkotykowe odloty, sklepowe kradzieże.
 

 

Jak brzmi „Starboy”?

 

 
Jednak na nowym albumie The Weeknd śpiewa przede wszystkim o samotności, zepsuciu, gwiazdorskich bolączkach, przypadkowym seksie i sławie. Budzeniu się wśród nieznanych ludzi, których nie obchodzi nic poza tym, że spędzili noc z kimś sławnym. Rozczarowujące, że zbuntowany nastolatek, który rock’n’rollowe życie i wszystkie jego mroczne strony zdążył poznać zanim jeszcze dostał się na szczyt, gdy już na niego dotarł, nie potrafi przekuć swoich doświadczeń w ciekawą opowieść i częstuje słuchaczy naiwnymi, schematycznymi, mało wiarygodnymi tekstami. Jak choćby w – wybranym na drugi singiel – utworze „I Feel It Coming” – gdzie śpiewa o cieple między nogami swojej partnerki lub równie finezyjną frazę „lips like Angelina, ass shaped like Selena” z „Party Monster”.

 

 

 

 
O tym, że można utrzymać się na topie bez infantylnych przekazów świadczą choćby teksty piosenek Beyonce czy zespołu Coldplay. Być może to kwestia – nie tylko twórczej – dojrzałości, którą The Weeknd jeszcze ma przed sobą (wymienieni artyści są od niego starsi o co najmniej dekadę).

Na albumie „Starboy” otrzymujemy więc przede wszystkim porcję rzetelnie przygotowanej rozrywki, która łączy wszystkie cechy dobrego, popowego rzemiosła. Elektronika, mocne, rasowe beaty, masywny bas i wokalista, który potrafi śpiewać falsetem. Płyta znakomicie wpisuje się w estetykę najnowszych produkcji. Nic dziwnego – nad albumem pracował sztab ludzi, większość piosenek ma co najmniej trzech producentów a na liście współpracowników The Weeknd widnieją choćby tak popularni artyści jak Daft Punk czy Cirkut (odpowiedzialny m.in. za przebój „Wrecking Ball” Miley Cyrus czy „Roar” i „Dark Horse” Katy Perry). Sukces albumu był więcj z góry zaprogramowany i tylko czekać, aż kolejne single podbiją listy przebojów.
Podobnie jak wielu innych młodych i uzdolnionych artystów, The Weeknd szybko stał się zakładnikiem własnego sukcesu i wylansowanych przebojów. Taka jest cena popowego szczytu, jednak trochę szkoda, że interesujący twórca dziesiątki razy wykonuje swój hit do puszczonego w tle podkładu na kolejnych wydarzeniach typu: pokaz bielizny Victoria’s Secret.

 

 

 

 

Na płycie znajduje się zaskakująco dużo utworów, jak na obecne standardy. To zestaw aż osiemnastu – niekiedy bardzo odległych stylistycznie – piosenek. Wśród nich odnaleźć można zarówno transowe groove’y, elementy r’n’b, nawiązania do produkcji z lat ’80, jak i punkrockową energię („False Alarm”). Pojawiają się także goście – Kendrick Lamar i Lana Del Rey. Jeśli lubi się starannie dopracowane popowe brzmienia z ostatnich lat (zwłaszcza koprodukcje spod znaku Daft Punk), z wpadającymi w ucho wokalami i elektroniką, płyta nie zawiedzie i dostarczy satysfakcjonującej rozrywki na wysokim poziomie.

 

 


 

 
Mówi się, że to trzecia płyta decyduje o dalszej karierze artysty – ugruntowuje jego miejsce na rynku lub pokazuje, że osiągnięta popularność to tylko chwilowy sukces a dana twarz przejdzie do historii co najwyżej jako autor jednego hitu. To ostatnie The Weeknd raczej nie grozi. Choć najnowszy album nieco rozczarowuje brakiem pazura i mainstreamową poprawnością, to trudno postawić mu wyraźne zarzuty. Abel Makkonen Tesfaye stał się tytułowym (wymarzonym?) Starboy’em i wyciska popularność do ostatniej kropli. A melodyjne piosenki ubrane w nowoczesne brzmienia z pewnością jeszcze długo nie znikną ani z klubowych parkietów, ani z radiowych anten.

 

 

Spis utworów:

źródło: http://theweeknd.co/Starboy